Ktoś krytyczny wobec lekarskiej mentalności stwierdził: „Lekarze myślą, że pomogli choremu, gdy nadali chorobie odpowiednią nazwę”. Z kolei znany homeopata mawiał: „Umiemy wyleczyć każdą chorobę, ale nie każdy pacjent może zostać wyleczony”. Który zatem tak, a który nie? Dlaczego niektóre kończy „happy end”, pozwalający doczekać sędziwego wieku, a inne zamyka tragiczny finał? Gdy zaczęłam zajmować się homeopatią, zauważam, iloma złudzeniami karmi się każdy z nas. Ludzkie postrzeganie oparte jest na złudzeniach i nie ma nikogo, kto od owego obciążenia byłby całkowicie wolny. Czy owa skłonność do złudzeń ma znaczenie dla przebiegu choroby np. SLA zwanej też Stwardnieniem Bocznym Zanikowym? W toku swego wywodu postaram się przekonać, że olbrzymie! Hinduski homeopata Sankaran głosił, że to właśnie złudzenia są przyczyną chorób. O ile stoimy na gruncie fizjologii i uznajemy kierowniczą rolę Centralnego Układu Nerwowego, o tyle nie wolno nam lekceważyć tezy, że ŚWIADOMOŚĆ TO BRAMY CHOROBY.
Stwardnienie boczne zanikowe ma wiele imion: choroba Charcota, Lou Gehringa, ASL, SLA, a także nieco starsze określenie „paraliż postępujący”. W niniejszym artykule pozostanę przy skrócie SLA. Długo wyczekiwana wizyta u specjalisty przygnębia niekiedy bardziej niż zarejestrowane na tym etapie objawy. Choć do kalectwa droga jeszcze długa, usłyszenie z ust fachowca epitetów „nieuleczalna”, „neurodegeneracyjna”, „postępująca”, łamie wolę i usuwa grunt spod nóg. Gdy na postawione przez chorego pytanie: „Jak długo będę z tym żył?”, lekarz odpowiada: „Nie dłużej niż trzy lata”, nie ma takiego, któremu po spotkaniu wyrosłyby skrzydła. On odpowiada w nawiązaniu do statystyki, mnie razi fakt, że wciela się w rolę Boga. Bo przecież zadaniem lekarza jest dodawać sił, a nie je odbierać. Chorego trzeba zrozumieć. A siebie tym bardziej. Trzeba wzmocnić i wesprzeć mechanizmy prowadzące do zdrowienia. Trzeba wyłonić i wyeliminować te, które doprowadziły do choroby. I wycofać się ze ścieżki prowadzącej do samounicestwienia. Oczywiście z pomocą lekarza. Gdyby chory mógł i potrafił wypełnić owe trudne zadanie sam, z pewnością nigdy by w chorobę nie popadł. Lekarz powinien być przewodnikiem ku zdrowiu. Nie wszystkie procesy są uświadomione i nie każdy mechanizm podlega naszej kontroli. W mroku własnego ciała człowiek błądzi po omacku. Stąd i zadaniem lekarza jest ów mrok rozjaśnić. Rzecz nie polega jednak na tym, by opinię lekarską zanegować. By nie dopuścić obciążającego werdyktu do świadomości czy też wmówić sobie, że w moim przypadku poważne rokowanie zmieni bieg, czyli się nie potwierdzi. Rzecz nie polega na wmawianiu sobie, że jestem kimś szczególnym. Zamiast jeździć po całym kraju w poszukiwaniu lekarza, postarajmy się znaleźć takiego, który udzieli nam konkretnych wskazówek i praktycznej porady. Rady dostosowanej do indywidualnego przypadku. Który miałby umiejętność potęgowania nadziei i minimalnego podwyższania poprzeczki. Słowem chodzi o wykorzystanie pola manewru, w celu spowolnienia przebiegu choroby, która rzeczywiście jest poważna. Mowa przecież o zespole neurodegeneracyjnym, którego wspólnym mianownikiem jest demielinizacja w drogach korowo – rdzeniowych wraz z następczym gromadzeniem się beta amyloidu w neuronach ruchowych. Patomorfologia dotyczy rogów przednich rdzenia kręgowego oraz jąder nerwów czaszkowych w rdzeniu przedłużonym. Problem jest poważny, ponieważ owa zastępcza substancja (amyloid) rozprzestrzenia się kosztem właściwej tkanki nerwowej, co musi przełożyć się na upośledzenie funkcjonalne. Co prawda SLA nie dotyka sfery intelektualnej człowieka, ale wywołuje kalectwo.
Jakie są pierwsze objawy? Tu wysuwają się zaniki mięśniowe w obrębie krótkich mięśni rąk, osłabienie kończyn dolnych przy wzmożonym napięciu (tzw. niedowład spastyczny), a w konsekwencji stopniowe, systematyczne pogarszanie się sprawności ruchowej. W tym wypadku mamy do czynienia z postacią kończynową SLA. Ograniczeniu ulegają przede wszystkim funkcje ruchowe kończyn. Na dalszych etapach deficyty ruchowe i utrata funkcjonalności obejmują inne grupy mięśni, prowadząc do całkowitego paraliżu. Cechy tzw. zespołu opuszkowego, manifestujące się zaburzeniami mowy lub połykania, stanowią kolejne stadium. Ostatni etap choroby polega na zatrzymaniu pracy mięśni oddechowych, co ma charakter nieodwracalny, zagrażający życiu. Zdarza się, że kolejność zaburzeń zachodzi wg innego porządku. I tak postać opuszkowa zaczyna się od problemów z mową lub połykaniem. Rzadsza postać zaczyna się od problemów z oddychaniem. Jak w każdej chorobie – przebieg jest indywidualny. Istnieją biografie całkowicie wyłamujące się z klasycznego przebiegu. Przypatrzmy się im, bo to bardzo pouczające.
„Twarzą” SLA wydaje się Stephen Hawking – brytyjski uczony, astrofizyk, który trzyletnie rokowanie zamienił w 50 lat owocnej działalności badawczej. Zapowiadane przez neurologów ponure perspektywy dotyczące rychłego zgonu w jego przypadku nie ziściły się w żadnej mierze. Pod lekarską opieką własnego ojca dynamika SLA całkowicie zmieniła przebieg. Jak to możliwe? Byłoby wielką nieuczciwością nie nadmienić roli homeopatii, całkowicie zatajanej przez większość źródeł internetowych. Z bliżej nieznanych powodów Stephen Hawking bywa tym samym kreowany na nadludzkiego mocarza, którego przykład może jedynie przygnębić tzw. szarych ludzi. Tymczasem – jak wynika z jego biografii – na rozpoznanie SLA Hawking zareagował głębokim załamaniem, na szczęście krótkotrwałym. Na wieść o chorobie popadł w alkoholizm i depresję, które nie wiadomo, jak by się skończyły, gdyby nie splot kilku zbawczych czynników. Czy mam dla kogo żyć? – oto pytanie zadawane sobie przez każdego chorego, którego wiara w siebie została chwilowo zachwiana. W wypadku Stephena w procesie podnoszenia się z upadku ową rolę odegrała heroiczna Jane Wilde, jego późniejsza żona i matka trojga wspólnych dzieci. Ktokolwiek chciałby ową kobietę poznać, winien sięgnąć po jej książkę „Podróż ku nieskończoności. Moje życie ze Stephenem”, na podstawie której powstał film „Teoria wszystkiego”. Hawking poszukiwał jednej wspólnej teorii wszystkiego. Innymi słowy, całe swoje życie naukowe poświęcił poszukiwaniu Boga na drodze matematycznej, szczytnego celu – niestety – nie osiągając. W tym samym czasie Jane realizowała doktrynę chrześcijańską w praktyce. Głęboka religijność pomogła jej wytrwać na trudnym małżeńskim posterunku, odgrywając rolę opiekunki chorego męża przez 25 lat. Rozstali się, gdy Hawking zapragnął poślubić swoją pielęgniarkę, nawiasem mówiąc żonę wynalazcy, który skonstruował dla niego syntetyzator mowy, zapewniający badaczowi możliwość publicznych wystąpień. Hawking, będący członkiem wielu prestiżowych stowarzyszeń naukowych, pochowany w Katedrze Westminsterskiej obok Newtona i Darwina, nie osiągnął – niestety – celu badawczego, któremu poświęcił życie. Bóg, co już pozwalał opisać się metodą matematyczną, zaraz się z jej wymykał. Hawking zmieniał światopogląd, określając się raz jako osoba „pragnąca poznać myśli Boga”, raz jako agnostyk czy nawet ateista. Niemały, iście brytyjski dystans wobec samego siebie i dobry humor pomogły sprawić, że „kalectwo” z powodu choroby zostało zmarginalizowane i zaczęło być postrzegane jako coś normalnego. I to zarówno przez opinię publiczną, jak i samego badacza. Podejmując rozważania nad geniuszem i bohaterstwem Stephena Hawkinga, warto raz jeszcze podkreślić, udział Jane i homeopatii, które w moim przekonaniu, dla jego sukcesów są absolutnie kluczowe. To subiektywny pogląd, oparty jednak na lekarskim doświadczeniu…
Także i zmarły niedawno Benedykt XVI, papież senior, pożegnał się ze światem w mechanizmie stwardnienia bocznego zanikowego. W przeciwieństwie do Hawkinga ze swą chorobą pozostawał w cieniu – jej fakt skrzętnie ukrywał. Rąbka tajemnicy uchylił jego brat, zapewne po to, by ci, którzy mieli za złe papieżowi abdykację, zrozumieli, że kryły się za nią arcyważne przyczyny. Nic więc dziwnego, że papież – senior także poruszał się na wózku, przez ostatnie dwa lata miał kłopoty z mową, a w schyłkowym etapie życia z oddychaniem. Jako przedstawiciel chrystologii sensu, nurtu teologicznego uznającego postać Chrystusa za nadającą sens wszystkim, nawet najbardziej ogólnym wydarzeniom na świecie, swą postawę filozoficzno – moralną zadeklarował w ostatnich wypowiedzianych słowach, które brzmiały: „Panie, kocham Cię”.
Te dwie całkowicie odmienne osobowości, preferujące odmienne źródła poznania, odmienny styl życia i odmienne wartości, dotknęła ta sama choroba. Pierwszego za młodu, drugiego w wieku podeszłym. Obydwoje w inny sposób borykali się z rozpoznaniem powszechnie postrzeganym jako fatum. Nie mając możliwości zebrania wywiadu od któregokolwiek z nich, mam pewne mgliste poczucie, że obydwojgu z nich mogłaby przysłużyć się homeopatyczna Lachesis, lek z jadu węża, która jak każdy preparat tego typu w odpowiednio wysokich potencjach usuwa złudzenia i koryguje niekorzystne stany emocjonalne. Mianowicie: poczucie znalezienia się pod działaniem nadludzkiej, niszczycielskiej siły; autentycznego zniewolenia, wobec którego jednostka jest bezsilna. Czy powinni otrzymać ów lek jako główny, czy też pomocniczo? Tego nie zdołam przy tak pobieżnej znajomości przypadków rozstrzygnąć. Niewykluczone, że to właśnie ten lek zmienił radykalnie rokowanie Stephena Hawkinga. Wszak z opisu działania Lachesis wynikają wskazania: „niewyraźna, nieudolna mowa” oraz „połykanie bolesne, nieprawidłową drogą, utrudnione”.
Niniejszego wywodu nie należy traktować jako recepty czy też instrukcji leczniczej. Dlatego też nie podaję – ani potencji (siła działania leku homeopatycznego), ani dawkowania. Nie podaję, bo nie mogę! Ciężko chorzy – a są nimi wszyscy pacjenci z SLA! – wymagają wielu leków we właściwie dobranych potencjach, czego na odległość, bez wywiadu i badania nie sposób rozeznać. Z tego powodu świadomie i celowo unikam podania schematu leczenia (potencji, częstości podawania, kombinacji innych leków), jak również omawiania przypadków, którym pomogłam. Kazuistyka jest zadaniem na zjazdy lekarskie. Wówczas udzielamy sobie nawzajem szczegółowych porad i dzielimy się doświadczeniem. Ta sama broń w ręku laika może być zwyczajnie niebezpieczna. To, co pomaga – może również szkodzić.
Chciałabym przywołać smutną historię mojej koleżanki z dzieciństwa, która zmarła przedwcześnie z powodu SLA po trzech latach choroby. Gdy otrzymałam wiadomość informującą o pogrzebie, nie potrafiłam powstrzymać się od pytania: „Dlaczego nie zgłosiliście się po pomoc? Przecież Ula miała właściwie dobrany lek konstytucjonalny. Przecież po leczeniu homeopatycznym w moim gabinecie czuła się dobrze. Na tyle dobrze, że zniknęła na kilka lat…”. I wtedy z ust męża zmarłej nadeszła odpowiedź, po której można było już tylko zapłakać: „Ula chciała…, ale neurolodzy wyśmiali ją i homeopatię. Ale teraz to już chyba za późno…”
Cztery lata przed zgonem – nie mając wówczas jeszcze objawów neurologicznych – Ula zaczęła leczyć się w moim gabinecie. Główną przesłanką podjęcia terapii niekonwencjonalnej stanowiła potrzeba powstrzymania nawrotu choroby nowotworowej. Była po operacji raka sutka, cierpiała też na nadciśnienie i depresję. Przypadłości sukcesywnie znikały, a po pięciu wizytach pacjentka poczuła się na tyle dobrze, że zarzuciła jakąkolwiek kontrolę i wizyty. Nasz kontakt się urwał. Był to poważny błąd, ponieważ u osób niemłodych indywidualny sposób reagowania, jest zwykle na tyle silnie wyrażony, że dynamika organizmu łatwiej skłania się ku chorobie niż ku zdrowiu. Głównym lekiem i tym samym podstawą działań terapeutycznych była homeopatyczna Lachesis, lek z jadu węża. Ten, a nie inny „klucz do zamka” dobrany na podstawie całokształtu symptomów psycho – fizycznych, sprawił, że Ula zmieniła sposób myślenia i stała się pewna siebie. Jak wielu pacjentów homeopatycznych, przedwcześnie zarzuciła leczenie. Gdyby po wystąpieniu pierwszych objawów paraliżu, zgłosiła się ponownie, moje zadanie byłoby łatwe: należałoby jej podać lek konstytucjonalny (Lachesis) w wysokiej potencji. Ów odwracający, fatalistyczny sposób myślenia specyfik, miałby sporą szansę powstrzymać chorobę lub co najmniej spowolnić przebieg SLA. Mówię to z pełną odpowiedzialnością, jako osoba świadoma siły działania „wysoko rozcieńczonych substancji biologicznie czynnych”, zwanych też lekami homeopatycznymi. Dobrze dobrany do sposobu reagowania specyfik jest informacją wnikającą do organizmu na poziomie pól elektromagnetycznych. Uczy chory organizm uruchomienia mechanizmów prozdrowotnych. Służy odzyskaniu spontaniczności, która w toku procesów patologicznych zostaje zastąpiona przez mechanizmy obronne. Sprawia, że wadliwie funkcjonująca „centrala” przestaje wysyłać fałszywe sygnały generujące symptomy chorobowe…, np. paraliż, zaburzenia połykania czy zaburzenia mowy.
Nie jest moim celem propagowanie homeopatii jako remedium na wszystkie choroby w każdym przypadku. A już z pewnością nie w każdym stadium choroby. Byłoby to niepoważne z wielu powodów wymienionych już na wstępie. Przypomnę: „Umiemy wyleczyć każdą chorobę, ale nie każdy pacjent może zostać wyleczony”. Do portu zwanego zdrowiem nie dopłynie pacjent niewspółpracujący, nieufający lekarzowi, „wiedzący lepiej”, usiłujący kierować leczeniem i na własną rękę łączący sprzeczne metody. Nie dotrze tam również pacjent posłuszny neurologom, wyśmiewających homeopatię, ani pacjent potrzebujący do szczęścia dziesiątków badań, które są dla niego ważniejsze niż to, jak się czuje. Małe są szanse pacjenta długo tłumionego lekami chemicznie syntetyzowanymi i znajdującego się w stanie schyłkowym. Nikt z nas nie jest przecież cudotwórcą. „Wstań, idź, jesteś uzdrowiony” – mógł powiedzieć tylko Jeden na świecie. Lekarze potrzebują czasu i gruntu zdolnego do regeneracji. Ale to już chyba inny temat…



